Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty

Rzeczy, których nie napisałam w 2016 roku

Nie podsumuję dzisiaj postanowień czytelniczych z zeszłego roku. Nie odczuwam również potrzeby podzielenia się takowymi na rok nadchodzący (to nie tak, że ich po prostu nie ma, skąd).
Nie zamierzam opisywać swoich postanowień noworocznych, bo nie przypuszczam żeby moje plany związane z niegarbieniem się miały kogokolwiek zainteresować.

Dzisiaj swoje pięć minut będą miały tematy, które chciałam w ostatnim roku poruszyć, ale z różnych przyczyn  mi się to nie udało. Właściwie można potraktować to jako podsumowanie, czy coś.


Dlaczego Tolkien jest absolutnym geniuszem
Wbrew pozorom nie jest tak, że nie opublikowałam tego postu, bo jedyny tytuł jaki przychodził mi do głowy to ten tu powyżej, który, sami przyznajcie, specjalnie chwytliwy nie jest.

Trochę wstyd się przyznać, ale „Władcę Pierścieni” udało mi się skończyć raptem dwa miesiące temu. Potem, lecąc rozpędem, machnęłam sobie jeszcze „Hobbita” i „Silmarilion” (teraz czaję się na „Niedokończone opowieści”). I od listopada zbieram się, żeby napisać o tych książkach coś sensownego, ale po prostu nie potrafię wywalić z siebie wszystkich kłębiących się we mnie emocji. Serio, chyba we wszystkich zeszytach z jakich aktualnie korzystam (czyli Super Hiper Tajnym Zeszycie, Tajnym Zeszycie i Prawie Nietajnym Zeszycie) jest zaczęty przynajmniej jeden wywód na ten temat. Wszystkie urwane po paru zdaniach.

Świat „Władcy Pierścieni” wciągnął mnie i chyba nie zamierza puszczać – najlepszym dowodem jest to, że obejrzałam filmy (a obejrzenie jakiegokolwiek filmu, nie mówiąc już o ekranizacji zdarza mi się raz na ruski rok). Oprócz tego niemal za każdym razem kiedy ktoś powie mi „dzień dobry” zwijam się ze śmiechu (oczywiście wewnętrznie, na zewnątrz wydostaje się jedynie dziwny grymas i stłumiony chichot), no i oczywiście zapchałam folder w telefonie wszelkimi możliwymi związanymi z LOTRem memami.
Swoją drogą, zabawna historia, bo książki Tolkiena przeczytałam właśnie dzięki memom – chciałam w końcu zrozumieć z czego brechtają się moi znajomi (przynajmniej ta bardziej znerdziała część moich znajomych).

 Jakby całego geniuszu „Władcy” było mało, jest jeszcze „Silmarillion”. Chociaż przy czytaniu tego tomiszcza miałam lekki zawrót głowy związany z nadmiarem nazw własnych (w pewnym momencie stwierdziłam, że nie ogarniam co czytam, więc cofnęłam się o sto stron, pozaznaczałam karteczkami samoprzylepnymi miejsca w których było wytłumaczone kto jest czyim synem i czytałam od tamtego miejsca), niesamowicie podziwiam człowieka, który był w stanie stworzyć tak złożone, skomplikowane uniwersum z własną kulturą, legendami i wierzeniami. Zwłaszcza, że legendy o powstaniu świata stworzone przez jednego faceta przemawiają do mnie dużo bardziej niż chociażby mitologia grecka, którą tworzyły całe pokolenia.

PS. Jeśli chcecie przeczytać o "Władcy pierścieni" coś, co ma więcej sensu, to bardzo zapraszam tu.

Gwiezdne wojny - Łotr 1
Czyli pseudorecenzja, którą naprawdę chciałam napisać, ale byłam w kinie tuż przed Świętami, więc najpierw miałam masę rzeczy na głowie, a potem wszystko się rozjechało. Tekst  jest w miarę bezspiolerowy.

Pół Internetu twierdzi, że film był przynajmniej ze trzy razy bardziej kozacki niż „Przebudzenie Mocy”. I chyba się z nimi zgodzę. No, może nie trzy, ale dwa i pół raza to na pewno.

Przede wszystkim urzekli mnie oczywiście bohaterowie (jeśli chcielibyście mnie kiedyś czymś urzec, to wystarczy, że stworzycie dobrych bohaterów, a fabuła i cała reszta w zasadzie mogą pójść się bujać). Liczni, ale jednocześnie charakterystyczni i rozpoznawalni. Cassian i Jyn to najnowsze OTP, a Chirrut jest moim kolejnym mężem.
Oprócz tego oczywiście przeboskie nawiązania do starej trylogii – kiedy za bardzo zaczęłam podskakiwać na fotelu z radości, brat skwitował to krótkim „ale wiesz, że oni to zrobili żebyś się cieszyła i zapłaciła im kasę?” No cóż, wobec tego cel osiągnęli – ucieszyłam się. Bardzo.

Oprócz tego mega spodobał mi się motyw „gwiazdeczki”. Był dopracowany i uroczy i w ogóle taki totalnie agjubghdehugwhoqju.

Trochę zabrakło mi kultowych napisów początkowych, ale to w zasadzie jedyny minus jaki jestem w stanie teraz wymienić. Jeśli jeszcze nie poszliście na „Łotra” (a, no tak. Tłumaczenie tytuł to ten drugi minus) – koniecznie to nadróbcie. Chyba jeszcze grają. Jestem w stanie zaryzykować stwierdzenie, że nie musicie mieć do tego nawet obejrzanych wszystkich poprzednich części. Znaczy, jasne, tak jest fajniej, ale nie musicie.

Jeśli Moje bredzenie niespecjalnie Was przekonało – moim ostatecznym argumentem są przegenialne arty*:


 4 książki o… morderstwie
Pamiętacie jeszcze tamtą serię? Tamtą która umarła po dwóch postach? Ja też najchętniej bym o niej zapomniała. Zanim całkowicie straciłam do niej zapał, miałam w planach jeszcze jeden post – o kryminałach. Najpierw brakowało mi jednej książki, a potem… w sumie nawet nie wiem co. W każdym razie, ponieważ w tym roku przeczytałam kryminałów całkiem sporo, korzystając z okazji, mogę trzema (tytuły kłamią, wszyscy o tym wiedzą) się Wami podzielić

Przede wszystkim, w ostatnim roku zamierzałam ponadrabiać Agatę Christie. Skończyło się na „Dwunastu pracach Herkulesa”, które szczerze mówiąc  nieco mnie rozczarowały, bo udało mi się zgadnąć aż trzy rozwiązania zagadek, co - biorąc pod uwagę, że w rozwiązywaniu zagadek jestem beznadziejna - dosyć słabo świadczy o ich poziomie.
Bardzo mi brakowało tego dziwnego, wspaniałego uczucia na końcu mózgu pod tytułem „czekaj… ale że… że co?” Zwłaszcza, że Christie przyzwyczaiła mnie już swoimi książkami do naprawdę wysokiego poziomu niedowierzania.
Ale tak poza tym, to „Prace” są całkiem przyjemne. No i bardzo podoba mi się pomysł nawiązania do mitologii (jeśli nie uda Wam się kupić mnie dobrymi bohaterami, zawsze możecie spróbować nawiązać do „Władcy Pierścieni” czegoś fajnego).

Kolejna pozycja z listy to „Imię róży”. Na początku trochę mnie przeraził przyciężki styl Umberto Eco, ale potem książka wciągnęła mnie tak bardzo, że z zapartym tchem czytałam nawet dwustronicowe opisy płaskorzeźb. Nie przypuszczałam, że pełen zagadek świat trzynastowiecznego klasztoru tak bardzo mnie wciągnie.
Szczerze mówiąc, akurat rozwiązanie zagadki nie powaliło mnie specjalnie, ale książkę warto przeczytać ze względu na niepowtarzalny klimat (oraz jadących po sobie zakonników).

No i  na koniec -„Gniew”.
W zasadzie przeczytałam w tym roku (i w ogóle w życiu) dwie książki Zygmunta Miłoszewskiego – „Ziarna prawdy” i „Gniew” właśnie, ale ta druga jest mi dużo bliższa ze względu na miejsce akcji.

Zdradzę Wam w sekrecie, że chodzę do szkoły w Olsztynie. I, jeśli będziecie się zastanawiać czy naprawdę mamy takie problemy z sygnalizacją świetlną jak opisano w książce – odpowiedź jest twierdząca. Nie spotkałam się wprawdzie nigdy z żadnymi lokalnymi patriotami zachwalającymi nasze jedenaście jezior w granicach miasta, a w miejscu „czarnej - zielonej dziury” jest teraz całkiem ładny park, ale oprócz tego klimat Olsztyna jest oddany naprawdę dobrze.

Książka porusza przede wszystkim temat przemocy domowej. Mamy też oczywiście morderstwo. Ale zagadka jest trochę inna niż we wszystkich kryminałach. Cytując opis z tyłu okładki – "Gniew" to powieść kryminalna, w której autor zmienia reguły gry z czytelnikiem i sprawia, że zamiast zastanawiać się, kto zabił, próbujemy zgadnąć, kto i dlaczego zostanie zabity.

Rzadko kiedy zarywam nockę dla książki. Ale od tej dosłownie nie mogłam się oderwać. A to już coś znaczy. 
Polecam... może nie każdemu. Książka bywa brutalna i lepiej nie czytajcie jej młodszemu rodzeństwu (dzieciom?).

edit: zgodnie z sugestią czytelników (znaczy, ściślej, jednego czytelnika)
Z tegorocznych odkryć kryminalnych, polecam wszystkim bardzo "Śledztwo na trzy piętra". 
Tak, dobrze widzicie, to link, a opowiadanie jest opublikowane na wattpadzie. I proszę, nie zrażajcie się, że to wattpad. "Śledztwo" naprawdę jest jedną z perełek tego serwisu.
Humor jak u starej, dobrej Chmielewskiej, liczni, charakterystyczni i zabawni bohaterowie, długie rozdziały, akcja w Polsce (Wrocław), ani jednej Mary Sue. I nieustająca rozkmina "kto zabił?". No bo przecież oni wszyscy są tacy sympatyczni, nie mogli tego zrobić! 
Jednym słowem - Marakuja poleca.

To oczywiście nie wszystkie moje niezrealizowane plany na 2016 rok, ale ten post i tak jest już horrendalnie długi. Macie rzeczy, które chcieliście napisać, ale się Wam nie udało?

PS. Na dniach spodziewajcie się jeszcze jednego tekstu o Tolkienie.
-----------------
*nie jestem teraz w stanie podać dokładnych linków do obrazków, wiem, że pochodzą z Tumblra i Deviantarta           
Czytaj dalej...

Targi Książki w Krakowie

Pierwsze spostrzeżenie z Targów nie jest w żadnym stopniu zaskakujące; było strasznie dużo ludzi. Nie wiem czego się właściwie spodziewałam, ale na pewno liczyłam, że będzie się dało w miarę swobodnie poruszać (spoiler: przeliczyłam się).

W sumie i tak miałam farta. Po pierwsze: mieliśmy kupione przez Internet bilety. Po drugie: w środku byli moi znajomi, którzy poinformowali nas, że dzięki temu nie musimy stać w długiej na cały parking kolejce. Gdyby nie to, pewnie autorytatywna pani w kamizelce odblaskowej zapędziłaby nas do ogonka (w sumie to nawet zapędziła, ale szybko się ewakuowaliśmy).


Drugie spostrzeżenie: byłam na targach zdecydowanie za krótko. Udało mi się spotkać z najwspanialszą Grupą pod słońcem (jeśli koło toalet na górze natknęliście się na ludziów zaśmiewających się ze słów takich jak „sokokineza”, ubranych w dziwne koszulki i obwieszonych zwiadowczymi gadżetami – tak, to byliśmy my). Totalnie nie żałuję tego czasu - w końcu nie codziennie spotyka się pierwszy raz w życiu ludzi poznanych przez Internet i w dodatku potrafiących perfekcyjnie unosić jedną brew, ale kiedy już się rozeszliśmy, okazało się, że została mi jeszcze tylko godzina na połażenie.

 Godzina to zdecydowanie za mało, żeby porządnie się ogarnąć i poczuć tę niesamowitą atmosferę miejsca szczelnie wypchanego książkami i ludźmi . W dodatku telefon z targową apką (za którą organizatorzy mają u mnie dużego plusa) i w ogóle wszystkim, postanowił sobie odejść do krainy wiecznych łowów (to nie tak, że zapomniałam go wcześniej naładować, niee). Z tego wszystkiego nie udało mi się spotkać Rilli. No cóż, może za rok…

Co da się zrobić w godzinę? Bardzo chciałabym skłamać i powiedzieć, że całkiem sporo, ale prawda jest taka, że nie koniecznie. Zwłaszcza kiedy ma się utrudnione poruszanie i jęczącego młodszego brata nad uchem. Połaziłam trochę po stoiskach (konsekwentnie omijając wzrokiem ustawiony strategicznie, tuż przy wejściu do sali Wisła pawilon miesięcznika „Egzorcysta”).


Niestety nie udało mi się namierzyć żadnego wydawnictwa anglojęzycznego. Trochę szkoda, bo to był jeden z moich głównych celów. Kupiłam sobie za to ślicznego, nowiutkiego „Magnusa Chase i bogów Asgardu”, do którego dorzucali bardzo fajną zawieszkę na klamkę (zorientowałam się, że to chyba jednak nie jest kolejna zakładka dopiero w domu :’) ).

Zabrnęłam też okolice wydawnictw komiksowych. Moim drugim wielkim celem na Targi było, żeby kupić sobie jakiś komiks. Jakikolwiek… ale najlepiej autorstwa Spella, bo absolutnie uwielbiam jego twórczość. Po chwili wahania pomiędzy „Przygodami Stasia i złej nogi”, a „Ostatnim przystankiem” zdecydowałam się na to drugie, bo Staś jest bądź co bądź dostępny w Internecie (klik) (ale i tak kiedyś go dorwę, zobaczycie!).

No i się w „Ostatnim przystanku” zakochałam. Przyznaję bez bicia, jedyna styczność jaką miałam z komiksami to „Tytus, Romek i A’Tomek’ oraz „Asterixy”, więc zdecydowanie nie jestem znawcą tematu, ale mam wrażenie, że komiks niemy to taki zupełnie inny świat. Trzeba się bardzo skupić, uważnie wpatrywać w każdy kadr, żeby w ogóle zrozumieć o co chodzi… a i tak interpretacja jest bardzo swobodna, bo nie znamy nawet imion bohaterów.

Z innych zdobyczy – mamy sporo autografów, milion zakładek i… tak, zgadliście – więcej książek. Zresztą zobaczcie sami:

Najdroższa siostrzyczka z właściwym sobie skąpstwem nie wydała ani grosza na książki. Za to skwapliwie zbierała wszystkie ulotki, zakładki, etc. 

Mniej więcej kompletny stosik naszych zdobyczy. Brakuje tylko gigantycznego tomiszcza o machinach wojennych, które zafundował sobie brat.

Może kojarzycie Andrzeja Kruszewicza. Dyrektor warszawskiego ZOO i ornitolog. Bardzo polecam jego audycję w radiowej "Trójce", w piątki, trochę przed siódmą rano. No i ma fajne pieczątki z gołębiami.


Szczygieł zapytał mamy, czy ma zadedykować książkę "Pani Katarzynie", czy raczej się spoufalić. 
mój ci on!



Czytaj dalej...

"Bez kitu", haiku i szkolne autobusy - recenzja "Prawie jak gwiazda rocka"

"Niosę nadzieję. Jestem jej głosicielką. Chyba to właśnie robię - bez opamiętania - i dlatego wciąż krążę wokół wielkiej ognistej kuli na niebie (mowa o słońcu ziom!)."



O czym właściwie jest "Prawie jak gwiazda rocka"? Większość czytelników chyba twierdzi*, że o "sile przyjaźni i optymizmu, który pomaga podnieść się z nawet najtrudniejszych sytuacji". Otóż nie. Nie zgadzam się z tym zupełnie. Wydaje mi się, ze recenzujący albo wcale nie przeczytali książki, albo mocno upraszczają. Amber wcale nie podniosła się z trudnej sytuacji dzięki przyjaciołom, ani optymizmowi. Jeśli już miałabym formułować jakieś złote myśli na ten temat, byłoby to raczej coś w stylu "Co cię nie zabije to cię wzmocni". Następny cios może cię wbić głębiej w ziemię, albo z niej wygrzebać.

Obiecywałam, że kiedy już przeczytam tę książkę, dam znać jak było z wątkiem romantycznym. Teraz mogę już oficjalnie potwierdzić: "PRAWIE JAK GWIAZDA ROCKA" TO PRODUKT PRZEBADANY POD KĄTEM WYSTĘPOWANIA WĄTKÓW ROMANTYCZNYCH I OKREŚLONY JAKO W STU PROCENTACH BEZPIECZNY DLA ZGORZKNIAŁYCH SINGLI CIERPIĄCYCH NA LOVEFOBIĘ.


W książce nie ma raczej szalonych zwrotów akcji, ale czyta się dobrze i lekko. Połknęłam ją w jeden dzień, nie wysilając się szczególnie .

"Piszę kolejne
Haiku i cieszę się
Bieżącą chwilą"

Jeśli chodzi o główną bohaterkę, to pierwsze co rzuciło mi się w oczy (i od razu nastawiło pozytywnie): Amber jest wierząca. Nie chodzi nawet o to, że mamy wspólne poglądy, czy coś, ale po prostu imponuje mi kiedy pisarz nie ma oporów przed poruszeniem kwestii wiary bohatera, bo zazwyczaj ta sprawa jest traktowana jak potrzeby fizjologiczne - dyskretnie zamiatana pod dywan, a czytelnik może się jej tylko domyślać.
Nie spodobało mi się za to coś, co chyba miało podnieść wrażenie autentyczności, ale wywołało u mnie raczej uczucie pod tytułem "Temu autorowi wydaje się, że jest siedemnastolatką? Jeśli tak, to jest w sporym błędzie." Chodzi mianowicie o wtrącane często i namiętnie wyrażenie "bez kitu". Nie podpasowało mi po prostu.

W przeciwieństwie do barwnej i wielowymiarowej Amber, inni bohaterowie wydają mi się nieco... zaniedbani. Niby mamy Federację Fantastycznych Fanatyków Franksa, Chrystusowe Diwy z Korei, szeregowca Jacksona i metodystyczny dom starców, czyli, wydawałoby się, kopalnie ciekawych postaci. A jednak, nie polubiłam nikogo szczególnie (no, może poza ojcem Chee i Joann Sędziwą). Nawet o przyjaciołach Amber nie wiemy zbyt wiele.

Czy "Prawie jak gwiazda rocka" mi się podobała? Zdecydowanie tak. Wciągnęłam się w nią naprawdę mocno. Wyglądało to mniej więcej tak: "Ej, może by pójść na dwór?" - myślę. Dziesięć minut później siedzę na drzewie i szlocham nad książką.
#trustory
---------------------------
*Nie musiałam szukać daleko tych opinii. Zostały mi dosłownie wepchnięte na wstępie, a właściwie zamiast wstępu, na samym początku książki, jeszcze przed dedykacją. Słaby pomysł. Czułam się jakby wydawnictwo wciskał mi książkę ze sztucznym uśmiechem na twarzy i wrzaskiem "Hej, popatrz, kup to! Inni uważają, że jest super! No kup, nie pożałujesz!"
Czytaj dalej...

Nie czytam na wyścigi

Lubicie wyzwania? Ja bardzo. Regularnie staram się motywować i rzucać sobie coraz to nowe kłody pod nogi. Startuję w konkursach i wymyślam sobie cele których potem nie realizuję.
Ale jest jeden, jedyny rodzaj wyzwań, których wystrzegam się jak ognia. To wszelkiego rodzaju wyzwania "książkowe"- "52 książki" i podobne.


Uważam, że to najgorsza rzecz, jaką osoba, która lubi czytać może sobie zrobić. Dlaczego?
Z jakiego powodu uważam, że robienie zdjęć, rysowanie, lepienie z modeliny, czy pisanie na
konkursy nie jest niczym niefajnym, ale nie cierpię wyzwań czytelniczych?


Przede wszystkim raczej wyzwań nie potrzebuję ;) Czytam dużo i raczej nie muszę się do tego dodatkowo motywować.  Ale powodów jest jeszcze kilka.

Kiedy postanawiam rzucić sobie twórcze wyzwanie, to właśnie, no... TWORZĘ. Robię coś, co nie tylko mnie rozwinie, ale też będzie mogło się realnie przydać mi, albo światu (zazwyczaj... ;)). Kiedy czytam, tylko chłonę coś co zrobili inni.
Podejmując wyzwanie dotyczące czytania, zachowuję się jakbym postanawiała, że przez rok zjem 365, lub więcej ciastek. Można? Można. Pewnie nawet sprawiłoby mi to niezłą przyjemność. Nasuwa się tylko pytanie: po co? Co da mi, albo światu fakt, że zażeram się słodyczami?

Powiecie, że czytanie to zupełnie coś innego. Że książki dają bardzo dużo, że czytając je poznaję świat, poszerzam swoje słownictwo, dowiaduje się nowych rzeczy i tak dalej. Tak. To wszystko prawda. Tyle, że... wyzwania tak naprawdę wcale mi w tym nie pomagają!

Kiedy wiem, że muszę przeczytać ileś tam czegoś tam w jakimś określonym czasie, automatycznie pojawia się presja. Zaczynam się spinać, że nie zdążę, zaniedbuję inne, bardziej produktywne czynności (tak! Może Was to zdziwi, ale są rzeczy bardziej produktywne niż czytanie!), żeby tylko przeczytać jeszcze parę stron.

"Nawet jeśli książka jest głupia i okropnie nudna, to i tak muszę doczytać do końca! Przecież męczę ja już od paru dni, jeśli teraz rzucę i zabiorę się za coś nowego, to na pewno nie uda mi się zrealizować wyzwania!"
W końcu zaczynam czytać bezrefleksyjnie, bez zrozumienia, tak jak to czasem zdarza się przy wyjątkowo nudnej lekturze.

Jeszce gorzej pewnie byłoby z grubszymi tomami. -"To za długie! Nie skończę tego w tydzień! Co z tego, że świat mówi mi, że muszę to przeczytać, bo jest genialne! Nie mieści mi się w harmonogramie wyzwania!". Ups.

Czytanie zawsze było dla mnie odprężeniem, relaksem i tak dalej. Jeśli nie mam nastroju, nie będę tego robić i przez miesiąc i nic strasznego się nie stanie. Jaki sens ma zmuszanie się do przyjemności?

Zastanawialiście się może kiedyś dlaczego, w "Zeszycie", który jest blogiem głównie książkowym, nie ma ani jednej recenzji (zamierzam to powoli zmieniać, ale ciii).

Odpowiedź jest dosyć prosta. Nie chcę oszaleć i zacząć czytać tylko po to żeby napisać recenzję. Mało prawdopodobne? Może i tak.
Ale po prostu nie zamierzam spinać się, szukać nowych, nieznanych książek, które warto zrecenzować (no bo po co pisać o czymś co wszyscy znają?).
Ale dlaczego?! Przecież w życiu trzeba stale próbować nowych rzeczy, rozwijać się i w ogóle!

Hmm, może i tak. Ale wiecie co?
I tak wolę czasem zagrzebać się w łóżku, przeczytać coś setny raz i nie mieć wyrzutów sumienia. Bo mogę. Bo nic mnie nie goni. Taka mała chwila szczęścia. Po prostu.


A na bloga przecież zawszę mogę wrzucić post totalnie od czapy ;)

----------------
Pisząc ten tekst oczywiście nie miałam na celu urażenia kogokolwiek kto bierze udział w "czytelniczych" wyzwaniach. Jeśli mu to pomaga to super, fajnie, że czyta. 
Tu chciałam tylko przedstawić MOJE zdanie na ten temat, które oczywiście nie musi być zgodne z czyimikolwiek poglądami :)

Czytaj dalej...

9 książek których pragnę

Zawsze wydawało mi się, że moje czytelnicze potrzeby są raczej nieduże. Własnych książek posiadam stosunkowo niewiele, nałogowo korzystam za to z bibliotek. Nigdy nie odczuwałam potrzeby powiększania własnych zbiorów, Nigdy... aż do czasu, kiedy ostatnio stwierdziłam, że trzeba by zrobić listę rzeczy (czyli w praktyce książek), które chciałabym dostać na urodziny.

Okazało się, że dobiłam do dziewięciu pozycji (chociaż w jednym momencie trochę oszukuję) i doskonale wiem, że to nie jest szczyt moich możliwości.

Pewnie nie uda mi się (przynajmniej nie szybko) zdobyć ich wszystkich, więc przynajmniej popiszę o swoich marzeniach :)


Kolejność jest bardzo nieprzypadkowa, a książki są podzielone na dwie kategorie - te które znam i te o których tylko słyszałam.

Część pierwsza - W NIEZNANE

1. "Prawie jak gwiazda rocka"
Po raz pierwszy przeczytałam o tej książce na Deszczach i tam też odsyłam Was po dokładniejsze informacje. Potem książkę polecała mi pod postem o wciskanych na siłę wątkach romantycznych Rilla.
Powiem Wam, że zaciekawił mnie ten brak romansu. I jakoś tak się złożyło, że książka trafiła na pierwsze miejsce mojej listy. Jeśli uda mi się ją dorwać w swoje szpony, to na pewno dam Wam znać jak się czytało. Może nawet walnę jakąś reckę, czy coś. (#szalona)

2. "Nowy Jork - od Manhatty po Ground Zero"
O tej pozycji dowiedziałam się dopiero niedawno, tym razem u Ann, której recenzjom ufam bezgranicznie. 
Od jakiegoś czasu odczuwam potrzebę przeczytania czegoś niefabularnego. Reportaż nada się idealnie. W dodatku bardzo podoba mi się okładka. (Tak. Kupuję książki tylko dla ładnej okładki. Właśnie tak.)

3. "Felix, Net i Nika oraz nadprogramowe historie"
Nie wiem jak to się stało, ale to jedyna część "Felixa", której nie znam. No nie licząc tej najnowszej z fioletową okładką (zabijcie, nie pamiętam tytułu). Naprawdę lubię tę serię, a książki nie mogłam dostać w żadnej bibliotece, serio! Serię - serio. Hehe. Nieśmieszne. Kilka opowiadań znalazłam na stronie autora, ale to nie to samo co papierowa, wydana książka. Napaliłam się zwłaszcza na "Walentynkowy, Interdyscyplinarny Projekt".

4. "Eleonora i Park"
O książce wiem właściwie tylko tyle, ile przeczytałam z tyłu okładki włócząc się pewnego pięknego dna po Empiku, a było to dawno i zapomniałam prawie wszystko. 
W zasadzie wystarczy mi fakt, że autorką jest Rainbow Rowell. Książka kogoś kto napisał "Fangirl" (którą byłam zachwycona) nie może być słaba!

5. Dowolna książka Jane Austen
Dziwne życzenie, wiem. Ale co poradzić. Zostałam zaintrygowana przez Angę, która regularnie nawija o tej pisarce  w swojej Norze i robi to bardzo zachęcająco. 
Ango, jeśli to czytasz, poradź mi co mam wybrać ;)

Część druga - stare, ale jare (80% tej listy stanowią brakujące mi części różnych serii)

1. "Jeżycjada"
To jest właśnie moment w którym oszukuję, Prawdę mówiąc, najchętniej zgromadziłabym całą serię, ale, biorąc pod uwagę, że to ponad dwadzieścia książek,  raczej nie ma na to szans. Ograniczyłam się do wybrania części, których potrzebuję najbardziej, ale i tak zawalałyby pół rankingu, więc wrzucam wszystkie w jedno miejsce. 
Są to: "Kalamburka", "Kwiat kalafiora", "Sprężyna", "Córka Robrojka", "Szósta klepka", "Noelka" i "Ida sierpniowa".

2. "Kroniki rodu Kane - Ognisty tron"
Jednym z moich życiowych celów jest zgromadzenie wszystkich książek z jakiejś serii. Na razie najbliżej są właśnie "Kroniki". Mam już jedną trzecią! (czyli "Czerwoną piramidę" XD). Gdybym zdobyła jeszcze "Tron" może nawet zdołałabym się zmobilizować do kupienia "Cienia Węża".

3. "Wszystko czerwone"
Mój pierwszy "poważny" kryminał i nadal ulubiona książka Chmielewskiej. Ostatni raz czytałam ja straszne dawno temu, ale zamierzam to zmienić :D W ogóle chyba muszę zacząć czytać więcej kryminałów.

4. "Zwiadowcy - Okup za Eraka"
Ulubiona część mojej ulubionej serii. I jak każda część "Zwiadowców" ma świetną okładkę. Wystarczający powód by jej pragnąć.

Jeśli uda mi się zdobyć którąś z tych książek, to obiecuję, że ją sobie odhaczę i wstawię ładne zdjęcie.

PS. jestem stuprocentowo pewna, że podobny post czytałam w Papierowej Dolinie, ale za Chiny nie mogłam go znaleźć, więc linkuję cały blog.

PS2. Jeśli zastanawiasz się dlaczego jestem mało kreatywna i książki o których marzę to głównie popularne młodzieżówki, odpowiadam:
-Po pierwsze, zarzut "że młodzieżówki" odparłam tu.
-Po drugie, żeby chcieć jakiejś książki, muszę wiedzieć, że istnieje. Logicznie rozumując - im bardziej znana książka, tym większa szansa, że będę ją kojarzyć.
-Po trzecie, większość "klasycznych" pisarzy umarła ponad 70 lat temu, co oznacza, że zupelnie legalnie mogę np. ściągnąć ich książki na czytnik e-booków.


Czytaj dalej...

Nie mów mi co mam czytać!

Zacznę od prostego zadania. W Polsce jest raczej mało ludzi, którzy lubią czytać książki. Prawda czy fałsz? Niestety prawda. Można odnieść wrażenie, że skoro jest nas tak niewiele, powinniśmy się trzymać razem. Ale gdzie tam. Ciągle trwają jakieś kłótnie, rozłamy, wzajemne tępienie się fandomów…

Jeden z podziałów irytuje mnie szczególnie. To walka między fanami dobrej literatury i głupich młodzieżówek, która ogranicza się właściwie do tego, że pierwsi tępią drugich.


Musicie wiedzieć, że bardzo nie lubię generalizowania. To, że książka została napisana sto, czy dwieście lat temu nie czyni z niej automatycznie arcydzieła. I odwrotnie – jeśli powstała w dwudziestym pierwszym wieku (i to jeszcze, bójcie się Boga, w USA!) i jest kierowana do młodzieży, nie musi byś ostatnim chłamem.

Jasne, młodzieżówka nigdy nie będzie tak ambitna jak klasyk. Bo nie ma być!

Nikt nie obraża się na małe dziecko, które czyta książeczki, w których jest więcej obrazków niż treści. Wszyscy cieszą się, że czyta.  Nikt nie oczekuje, że nagle przerzuci się z książeczek na Tołstoja i zacznie interesować arcydziełami światowej literatury.  Musi być jakiś etap przejściowy. Ale jednocześnie wszyscy zabraniają nam tego etapu! Mamy czytać tylko arcydzieła. Już, natychmiast! „Igrzyska śmierci”? Spalić na stosie, to przecież dno i wodorosty!

Jestem nastolatką. Staram się nie ograniczać do jednego gatunku, ale młodzieżówki stanowią znaczną część mojej czytelniczej „diety”. Nie uważam, żebym czytając je robiła coś zdrożnego. Są w końcu kierowane do mojej  grupy wiekowej i teraz jest najlepszy czas na poznanie ich. Gdybym w tej chwili zaczęła czytać „Dzieci z Bullerbyn”, wątpię czy sprawiłyby mi taką przyjemność jak wtedy, kiedy czytałam je siedem lat temu. A przecież to książka bardzo ważna dla mojego życia! Astrid Lindgren przez długi czas była moją ukochaną autorką.

Jasne, dorośli raczej nie zaczną zachwycać się geniuszem Percy’ego Jacksona. Ale to nie znaczy, że my nie możemy tego robić. Młodzieżówki częściej niż się wydaje przekazują jakieś istotne wartości. Ale pełnią też dużo ważniejszą rolę. Pokazują, że czytanie jest fajne i przygotowują nas do poznania „dojrzalszych” dzieł.

Oczywiście, jedni skorzystają z tej okazji, a inni na resztę życia pozostaną na etapie Harry’ego Pottera. To ich i tylko ich wybór, a ty nie masz prawa go krytykować.

W szkole mam nauczycielkę, która zawsze kazała wszystkim osobom siedzącym w korytarzu pod klasą wstawać (ma ksywę „Kobieta z Mocą”). W końcu doszło do tego, że kiedy tylko się pojawia na końcu korytarza, wszyscy momentalnie się unoszą. Wygląda to bardzo śmiesznie, jak meksykańska fala. Chyba aż kiedyś zmontuję gifa.

Ale nauczycielka przechodzi i dwa metry za nią wszyscy siadają.

Właśnie tak widzę tych wszystkich obrońców dobrych książek.

Naprawdę myślisz, że twoje słowa coś zmienią? Tak, z pewnością jeśli na kogoś nawrzeszczysz i skrytykujesz jego gust, zacznie traktować Cię jako autorytet.

A może chcesz tylko wyżyć się na kimś, kogo uważasz za gorszego od siebie? W takim razie lepiej zapisz się na boks, albo karate, bo widać, że Twoje ambitne książki niczego Cię nie nauczyły.


pisali o tym też:
-Alicja
-Ann
Czytaj dalej...

Nico di Agelo - obalamy mity

Był już post o mojej największej książkowej miłości, teraz czas na największe zdziwienie dotyczące książkowego bohatera. O kim mowa? O Nico di Angelo, jednym z bohaterów serii „Percy Jackson i bogowie olimpijscy” oraz „Olimpijscy Herosi”.
Chociaż… zagadką nie jest właściwie sam syn Hadesa, tylko raczej to co robią z niego fani fanki:
Kiedy przeglądam strony, grupy i blogi poświęcone PJ, mam nieodparte wrażenie, że Nico to jakiś tajemniczy, seksowny,  mrrroczny i zabójczo przystojny łamacz serc.

No paczcie jaki słodki. A ż chce się przytulić, prawda? (Art autorstwa królowej internetów - Virii)

Czy jest tak naprawdę? Hmm… nie. Może jestem totalnie nieromantyczna i brak mi wyobraźni, ale zawsze kiedy czytam o Nicu (przynajmniej w książkach…) widzę w nim tylko pokrzywdzonego przez los chłopaka, mocno introwertycznego i niepewnego siebie. Przystojny? Z opisu w książce wynika, że był niski, chuderlawy i chorobliwie blady. Podobno o gustach się nie dyskutuje, ale Nico zdecydowanie nie jest moim ideałem męskiego piękna. No i… (koronny argument) przypominam, że syn Hadesa w „Klątwie tytana” ma *fanfary* 10 lat! Czyli jest rok młodszy od mojego brata.  Ja wiem, że dużo ludzi lubi dzieci, no ale żeby robić z nich „mrocznych i seksownych przystojniaków”?  Bez przesady...

A żeby nie było, że jestem ślepa i głupia, a w ogóle to „jestem wrednym sezonowcem i na pewno oglądałam tylko filmy”  postanowiłam szybko przeanalizować książkowy „życiorys” Nico (nie chciałam się bawić w oznaczanie spoilerów, więc jeśli nie znacie danej części to po prostu nie czytajcie mojego komentarza):

„Klątwa tytana” - syn Hadesa (który jeszcze nie wie, że jest synem Hadesa) to mały, nadpobudliwy chłopiec, który namiętnie gra w „Magię i Mit” i zadaje setki pytań. Po stracie siostry wpada w depresję i ucieka z Obozu. Ale gdzie?...

…Tego dowiadujemy się z „Bitwy w labiryncie” - Nico daje koncertowy wręcz pokaz naiwności zadając się z podejrzanymi duchami. Serio, momentami miałam ochotę go trzepnąć.

Lecimy dalej; czas na „Ostatniego olimpijczyka”- Nasz kochany bohater postanawia wykąpać Percy’ego w Styksie, a potem ratuje wszystkim tyłki w bitwie o Manhattan, namawiając Hadesa do pomocy z armią Podziemia. No, ogólnie moim zdaniem wypadł tu całkiem bohatersko, ale nadal nie mrocznie.

Czas na drugą serię! (zaczynam od „Syna neptuna”, bo z tego co pamiętam, Nico nie pojawiał się w „Zagubionym herosie” ani razu. Jeśli nie mam racji – nie wahajcie się mnie poprawić )

A więc „Syn Neptuna” – Nico kłamie Percy’emu, że go nie zna (z powodów, które poznajemy kilka części później). Daje się też poznać z tej bardziej „opiekuńczej” strony, jako przybrany brat Hazel.

„Znak Ateny” – syn Hadesa przez większość czasu jest zahibernowany w spiżowej kadzi, więc zbyt wiele o nim nie ma, chociaż to właśnie jemu rusza na ratunek „wielka siódemka”. Pod koniec książki obiecuje Percy’emu, że doprowadzi „Argo II” do świątyni swojego ojca.

„Dom Hadesa” – oczywiście wielkie fajerwerki, bo Nico jest gejem. Ogólnie przewija się przez całą książkę, ale tak się składa, że DH to chyba moja najmniej ulubiona część, więc czytałam ją raptem 3 razy i niewiele pamiętam.  Mam nadzieję, że nie było tam nic bardzo istotnego.

„Krew Olimpu” – Nico razem Reyną podejmują się „odstawienia” posągu Ateny Partenos do obozu herosów. No dobra, tu jest najbardziej „mroczny” moment z całej serii, kiedy syn Hadesa wykańcza jednego ziomka (przebaczcie, nie pamiętam imienia). Ale nadal mam wrażenie, że nie o taką „mroczność’ chodzi fankom…

Skąd wobec tego ta dziwna tendencja do „wyczernienia” postaci? Mam wrażenie, że niektóre typy dziewczyn po prostu tak mają. Muszą mieć jakiegoś mrocznego gościa do którego będą wzdychać. W „Harrym Potterze” tą rolę doskonale spełniał Draco Malfoy, w „Zmierzchu” były jakieś akcje z wampirami (tego… nie czytałam, ale chyba było coś takiego… prawda? Dobra, przyznaję się. Potrzebowałam drugiego przykładu). W „Gwiezdnych wojnach” jest przynajmniej Han Solo. Wprawdzie niezbyt mroczny, ale przynajmniej taki rebel i w ogóle… A w „Percym”? Nic. Dotkliwy brak wrednych/tajemniczych postaci, które nie byłyby głównymi antagonistami (no, jeśli przyjmiemy, że głównym antagonistą był Kronos, a w drugiej serii Gaja to był Luke, ewentualnie jeszcze Oktawian, ale kto by tam lubił gościa mordującego bezbronne pluszaki).

Wobec tego kreatywne dziewczyny postanowiły sobie „dorobić” takiego bohatera. Padło akurat na Nica. W sumie nie ma co się dziwić – kandydat idealny. W depresji po stracie siostry, ubiera się na czarno, a w dodatku jest synem Hadesa. Prefecto. Tylko że cały ten dorobiony wizerunek jest po prostu nieprawdziwy (o ile można mówić o "prawdziwości" postaci książkowej...).

Czy lubię Nica? Owszem. Jest ciekawie skonstruowaną postacią, wyróżniającą się na tle innych. Ale z pewnością nie jest "mhrocznym, tajemnieczym i słitaśnym" chłopakiem, jakiego próbuje mi wcisnąć większość fandomu.
Czytaj dalej...

Wszyscy kochamy Halta

 (Przed przeczytaniem postu sugeruję zapoznać się z serią „Zwiadowcy” Johna Flanagana. Osoby niezapoznane ryzykują uczuciem „o czym ona gada?” i masą spoilerów.)
„Zwiadowcy” to seria pełna ciekawych postaci i niebanalnych charakterów. Ale jedna z nich wybija się przed inne. Jest idolem większości fanów, chociaż nie jest  głównym bohaterem i... teoretycznie to
niezbyt przyjazna osoba. O kim mowa? Oczywiście o Halcie.
No spróbujcie go tylko obiektywnie ocenić. Facet jest jakiś aspołeczny, boi się go większość normalnych obywateli, nie lubi dzieci i młodzieży, czuje odrazę do strzyżenia włosów, a jeśli już, robi to własnym nożem (no niechluj jakiś!), prawie nigdy się nie uśmiecha i ma dziwne poczucie humoru.
A mimo to… wszyscy go uwielbiają? Dlaczego? Za co właściwie kochamy Halta?  Po zastanowieniu wybrałam kilka powodów:



Po pierwsze –  żarty Chociaż na pierwszy rzut oka nauczyciel głównego bohatera to osoba totalnie pozbawiona poczucia humoru, szybko stwierdzamy, że to tylko pozory. Tak naprawdę Halt jest jedną z najzabawniejszych postaci. Jego powiedzonka, to w jaki sposób jedzie Willa w pierwszej części i oczywiście rozmowy z Abelardem (dla niewtajemniczonych – Abelard to koń) są absolutnie mistrzowskie.

Po drugie – nie jest idealny Mimo swoich licznych zalet i całej wspaniałości, Halt pozostaje no… człowiekiem. Ma słabości (ukochana scena z chorobą morską i wymiotowaniem do hełmu), starzeje się jak każdy i w końcu odchodzi na emeryturę. Nie jest niezniszczalny i nieomylny, czego dowodzi cała dziewiąta część (łącznie z tytułem). To wszystko sprawia, że wydaje się nam normalnym człowiekiem, a nie wyidealizowanym superbohaterem.

Po trzecie – umiejętności Każdy z nas chciałby supercelnie strzelać z łuku, potrafić tak dobrze wtopić się w otoczenie, że stać się prawie niewidzialnym, być genialnym strategiem albo z zabójczą precyzją rzucać nożami. Jeśli tego nie umiemy… cóż, pozostaje czytanie o takich ludziach i marzenia.

Po czwarte – interesująca przeszłość No, proszę, kto spodziewał się, że w „Królach Clonmelu” okaże się, że SPOILER Halt tak naprawdę powinien być królem? KONIEC SPOILERU Jakoś nie widzę tego lasu rąk… Tak samo fakt, że KOLEJNY SPOILER to on podrzucił Willa do zamku. KONIEC KOLEJNEGO SPOILERU Przecież na podstawie tych historii można by napisać całą serię! (Tak, wiem, że ona już powstała. Jest na zdjęciach zdjęciu z dzisiejszego postu)

Po piąte – lekceważący stosunek do formalności Nie wiem jak wy, ja nienawidzę kiedy ktoś mnie do czegoś zmusza, coś mi każe i narzuca bezsensowne zasady (skoro podobno jesteśmy wolnymi ludźmi to dlaczego w szkole nie można mieć włosów ufarbowanych na zielono?!) Halt radzi sobie z tym koncertowo. Kiedy chce coś zrobić – robi to. I niespecjalnie interesuje go co na to kodeks karny.

A Wy za co kochacie Halta?

PS. Chciałabym się też z Wami podzielić fajną akcją – „Cała Polska czyta Zwiadowców”. Więcej szczegółów znajdziecie po kliknięciu w link. Na zachętę dodam, że adminki wrzucają masę sposobów na zrobienie zwiadowczej peleryny J
Czytaj dalej...

Przyznaj się. Dlaczego nie lubisz lektur?

Czy lubisz lektury szkolne? W tym momencie na pewno skrzywiłeś się  i pomyślałeś „Czy ona zwariowała? Przecież nikt nie lubi lektur!” albo coś podobnego. No właśnie. Nikt nie lubi lektur. Ale właściwie dlaczego? Gdybyśmy przeprowadzili ankietę wśród osób, które czytają chętnie i dużo, przypuszczam, że nadal około dziewięćdziesięciu procent odpowiedziałoby, że lektury są be.

jeszcze tyle stron?!
A czy to naprawdę kategoria „podksiążek?” Czy ci, którzy ustalają co powinniśmy czytać w danej klasie są naprawdę tak upośledzeni,  że wybierają same gnioty? Hmm… szczerze mówiąc wątpię.
Ktoś mądry powiedział, że „najgorsze co można zrobić książce to uczynić ją lekturą”. I wiecie co? Zgadzam się z nim. Kiedy słyszymy, że mamy przeczytać lekturę, odruchowo się krzywimy i, nieważne jak genialną byłaby książką,  automatycznie dajemy jej etykietkę  „nuuudy”. A pierwsze wrażenie ciężko zmyć.
No dobrze, powiecie. Nic nie dzieje się przecież bez przyczyny, prawda? Skoro lektury mają taką złą reputację, musiały jakoś na nią zasłużyć.
Owszem. Winna temu jest nasza kochana polska szkoła. Terminy przeczytania książek najczęściej są za krótkie (chociaż… nie wiem jak Wy, ale ja nawet gdybym miała na coś dwa lata, i tak zrobię to na ostatnią chwilę ;) ). Liczenie „ile jeszcze stron muszę przeczytać, żeby wyrobić się na czas” to straszna zmora, która zabija przyjemność z czytania. A chyba nie o to chodziło, prawda? Wydaje mi się, że obowiązkowe książki miały nas przede wszystkim przekonać, że czytanie jest fajne. Jeśli tak, to… chyba coś nie wypaliło.
Kolejną sprawą są sprawdziany z lektur i w ogóle omawianie ich. Trudno czerpać przyjemność z czytania,  kiedy za wszelką cenę starasz się zapamiętać jakiego koloru  była sukienka Nel w czwartym rozdziale „W pustyni i w puszczy”, bo wiesz, że polonistka na pewno cię o to zapyta, a kiedy przypadkiem zapomnisz, wstawi ci jedynkę, bo „Nie przeczytałeś lektury, a PRZECIEŻ BYŁO TYLE CZASU!!!”. Albo rozpisywanie planu wydarzeń w „Dziadach”, który zepsuje całą tajemniczość.
A w starszych klasach wszystko samo się już nakręca.
Słyszymy, że mamy przeczytać lekturę, więc zakładamy, że na pewno będzie słaba. Z takim nastawieniem podchodzimy do czytania i z uporem maniaka wynajdujemy i wytykamy (a w pewnym momencie nawet wymyślamy) błędy i wady. Nic dziwnego, że czytanie nie sprawia nam przyjemności. A potem kolejna lektura, znowu założenie, że będzie słaba… Tak to się kręci. (Pominęłam jeszcze wpływ klasy, w której ze wszystkich stron słyszymy jaka to ta książka beznadziejna.)
Szkoda, że tak jest. Dlaczego? Bo możemy przegapić sporo ciekawych i mądrych książek. Mówcie co chcecie, ale przeczytałam „Potop” (a potem jeszcze „Ogniem i Mieczem” i „Pana Wołodyjowskiego”, taka ze mnie krejzolka!) z wypiekami na twarzy. Przypuszczam, że mocno przyczyniło się do tego to, iż nie miałam pojęcia, że to „nudna, głupia i naszpikowana trudnymi słowami i archaizmami książka”.
Nie czytając lektur automatycznie zawężamy swoje horyzonty. Ponieważ najczęściej jest to literatura klasyczna, możemy się do niej bardzo łatwo zniechęcić. A potem powoli zamieniamy się w niezwykle „oczytaną” osobę, która zadziera nosek, bo ma takie „elitarne” hobby. A tymczasem na jej półkach tryumfują średnio ambitne młodzieżówki (bynajmniej nie mówię, że młodzieżówki są złe! Wyszłabym na hipokrytkę, bo sama się w nich zaczytuję. Uważam po prostu, że czasem warto wytknąć nos za listę bestsellerów empiku).
No i warto wziąć pod uwagę, że skoro ktoś każe nam coś czytać, to może robi to dlatego, że ta książka serio jest z jakiegoś powodu ważna. Na przykład to arcydzieło światowe, którego głupio nie znać.
Balladyna dostarczyła mi masy tematów do dyskusji o idiotyzmie głównych bohaterek i bohaterów (pozdrawiam E z którą te dyskusje były i są prowadzone!).
Gdybym nie przeczytała i nie pokochała mitologii greckiej nie bawiłabym się ani w połowie tak dobrze przy lekturze „Percy’ego Jacksona”.
Dawno nie miałam takiej kolki ze śmiechu jak na „Świętoszku” , na którego poszliśmy z klasą do teatru.
A gdyby moja siostra cioteczna nie przyjechała pewnego pięknego dnia do babci z „W pustyni i w puszczy” w dłoni, bo musiała to przeczytać  przez ferie, jeszcze przez trzy lata nie poznałabym mojej wielkiej miłości (książki, nie siostry!), która trwała przez całą podstawówkę.

Czytajcie lektury. Czasem naprawdę warto.
Czytaj dalej...
Zeszyt w kółka © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka