Zielony zeszyt. Mentalna podróż w czasie

Każdy zaczynał od czegoś swoją działalność. Jedni już w kołysce dusili węże gołymi rękami, inni w wieku ośmiu lat komponowali utwory muzyczne i dawali koncerty, a jeszcze inni... Dobra starczy, bo jeszcze kogoś wpędzę w kompleksy ;)

Moje początki były równie (jeśli nie bardziej!) wspaniałe i burzliwe. Zastanawiałam się poważnie
nad wydaniem tomiku, poświęconego dziełom z moich najmłodszych twórczych lat, ale w końcu stwierdziłam, że wolę uchylić Wam, czytelnikom rąbka tajemnicy i zupełnie za darmo zdradzić jakie były moje twórcze początki.*

Pierwsze opowiadania, wiersze (tak! pisałam wiersze!) i komiksy notowałam we wspaniałym, zielonym zeszycie.

O, w tym. Wiedziałam, że się kiedyś przyda.
Byłam w tamtych czasach zdania, że nie powinno się opisywać czegoś czego się nie zna, więc skoro nigdy nie miałam dwunastu lat, to nie mogę pisać z perspektywy dwunastolatki, no a pisać o małolatach to jakoś głupio, więc siłą rzeczy wszystkie główne bohaterki były w moim wieku. Z dużą dokładnością można więc stwierdzić, że miałam wtedy dziesięć lat.


Dziesięć, czy nie dziesięć, ale rysowałam już przepięknie i z głębokim przekazem! (powiększajcie zdjęcia i nie zastanawiajcie się czemu blondynka nagle wyłysiała)


Oczywiście, jak przystało na Twórcę, sama ilustrowałam swoje Dzieła. Miałam wtedy jakąś dziwną fazę na ptaki. Najpierw była sowa, nazwana na cześć mojej Mamy (która stwierdziła, że sobie wyprasza i nie chce żeby ptak był jej imiennikiem), potem przyszła kolej na papugi o już neutralnych imionach Papui i Papilia (Albo Papiś i Papisia). Wszystkie ptaki oczywiście mówiły, a bohaterek oczywiście to nie ruszało. No proszę. Nie takie rzeczy już się w życiu widziało, nie? Zwłaszcza jeśli chodzi o papugi ;)

               

Wspominałam już o wierszach, prawda? Oto próbka, z jakże kreatywnym ustawieniem wersów.

i nawet się rymuje!!!
Pisywałam też sprawozdania. To znaczy... napisałam jedno. Każdy by napisał, gdyby dodzwonił się do radia, prawda!? (To była lecąca w radiowej jedynce audycja "Radio dzieciom", obecnie znana jako "Jedynka dzieciom". Jeśli macie młodsze rodzeństwo to serdecznie polecam)

powiększajcie i czytajcie, jest niezła beka
(i macie szansę poznać moje prawdziwe imię, bo nie chciało mi się zamazywać)
Podoba mi się zwłaszcza zwrot "Dobrze gra skubana, ja bym tak nie umiała" 
Ale oczywiście główna zawartością mojego zeszytu były opowiadania. Przedstawię Wam dwa. Jedno ze względu na ilustracje (jeszcze bardziej epickie niż te, które mieliście szansę już zobaczyć) i przekaz z którego jestem dumna do dziś. Drugie trafia tu dlatego, że to była moja najdłuższa praca w całym zeszycie (dziewięć stron to już nie przelewki!), oraz z powodu bekowych cudownych dialogów i jeszcze bardziej bekowego lepszego zakończenia.

Opowiadanie pierwsze, czyli "Co będzie jutro?" polega z grubsza na tym, że Król chce wydać swoją dziesięcioletnią córkę za mąż. Córka postanawia, że poślubi ją ten młodzieniec, który odpowie na pytanie "Co będzie jutro". Do zamku zjeżdża masa zalotników, wszyscy przepowiadają pogodę i inne takie duperele, ale nikomu się nie udaje. W końcu o wyzwaniu dowiaduje się biedny chłopak w wieku królewny, któremu mama zawsze powtarzała, że "Każdy może decydować co będzie robił. Bo ma wolna wolę". Chłopak wbija na zamek, oznajmia, że jutro rano wypije szklankę soku pomarańczowego, zostaje na noc,  rano prosi o sok i wygrywa konkurs. Bohaterowie postanawiają, że pobiorą się kiedy będą już dorośli. Król się zgadza, bo w zasadzie chodziło mu tylko o znalezienie odpowiedniego kandydata na męża dla córki. Po ukończeniu osiemnastki młodzi żenią się, panują długo i szczęśliwie, a żyją jeszcze dłużej. (do dzisiaj mam rozkminę czy abdykowali, czy coś takiego).
Ale, jak już wspomniałam, najlepsze w całej  opowieści są obrazki:

"Męszczyzna" jest podkreślony nie ze względu na błąd,
tylko żeby przypadkiem żadna  kobieta nie wzięła wyzwania do siebie

Art życia

Czas na drugie opowiadanie! Jego główni bohaterowie to wspomniane już papugi i Gabrysia, która usiłuje znaleźć Drzewo Słońca żeby uratować swoją przyjaciółkę. Zresztą, tytuł mówi sam za siebie.


Epickie dialogi czas zacząć! (Proszę nie hejtować dziesięciolatki, zawsze byłam niezła z ortografii, ale miałam spore problemy z "H")

Tu faworytem jest "bencwał który się na mnie wpycha"
i papużka falista mówiąca grubym głosem
Co się dzieje kiedy dziecku piszącemu Dzieło Życia da się kolorowy długopis.
Opowieści jednorożców rządzą! (jednorożec nazywał się Putar)
A to najlepsze zakończenie jakie kiedykolwiek napisałam.
Chyba normalnie będę kończyć tym obrazkiem każdy post.

*zapnijcie pasy i połóżcie się na podłodze, autorka bloga nie ponosi odpowiedzialności z śmierć ze śmiechu
-----------------
Post dedykuję Siu. Bo to był jej pomył.
I Rodzinie. Bo wiernie zachwycała się tymi koszmarkami.
Czytaj dalej...

9 książek których pragnę

Zawsze wydawało mi się, że moje czytelnicze potrzeby są raczej nieduże. Własnych książek posiadam stosunkowo niewiele, nałogowo korzystam za to z bibliotek. Nigdy nie odczuwałam potrzeby powiększania własnych zbiorów, Nigdy... aż do czasu, kiedy ostatnio stwierdziłam, że trzeba by zrobić listę rzeczy (czyli w praktyce książek), które chciałabym dostać na urodziny.

Okazało się, że dobiłam do dziewięciu pozycji (chociaż w jednym momencie trochę oszukuję) i doskonale wiem, że to nie jest szczyt moich możliwości.

Pewnie nie uda mi się (przynajmniej nie szybko) zdobyć ich wszystkich, więc przynajmniej popiszę o swoich marzeniach :)


Kolejność jest bardzo nieprzypadkowa, a książki są podzielone na dwie kategorie - te które znam i te o których tylko słyszałam.

Część pierwsza - W NIEZNANE

1. "Prawie jak gwiazda rocka"
Po raz pierwszy przeczytałam o tej książce na Deszczach i tam też odsyłam Was po dokładniejsze informacje. Potem książkę polecała mi pod postem o wciskanych na siłę wątkach romantycznych Rilla.
Powiem Wam, że zaciekawił mnie ten brak romansu. I jakoś tak się złożyło, że książka trafiła na pierwsze miejsce mojej listy. Jeśli uda mi się ją dorwać w swoje szpony, to na pewno dam Wam znać jak się czytało. Może nawet walnę jakąś reckę, czy coś. (#szalona)

2. "Nowy Jork - od Manhatty po Ground Zero"
O tej pozycji dowiedziałam się dopiero niedawno, tym razem u Ann, której recenzjom ufam bezgranicznie. 
Od jakiegoś czasu odczuwam potrzebę przeczytania czegoś niefabularnego. Reportaż nada się idealnie. W dodatku bardzo podoba mi się okładka. (Tak. Kupuję książki tylko dla ładnej okładki. Właśnie tak.)

3. "Felix, Net i Nika oraz nadprogramowe historie"
Nie wiem jak to się stało, ale to jedyna część "Felixa", której nie znam. No nie licząc tej najnowszej z fioletową okładką (zabijcie, nie pamiętam tytułu). Naprawdę lubię tę serię, a książki nie mogłam dostać w żadnej bibliotece, serio! Serię - serio. Hehe. Nieśmieszne. Kilka opowiadań znalazłam na stronie autora, ale to nie to samo co papierowa, wydana książka. Napaliłam się zwłaszcza na "Walentynkowy, Interdyscyplinarny Projekt".

4. "Eleonora i Park"
O książce wiem właściwie tylko tyle, ile przeczytałam z tyłu okładki włócząc się pewnego pięknego dna po Empiku, a było to dawno i zapomniałam prawie wszystko. 
W zasadzie wystarczy mi fakt, że autorką jest Rainbow Rowell. Książka kogoś kto napisał "Fangirl" (którą byłam zachwycona) nie może być słaba!

5. Dowolna książka Jane Austen
Dziwne życzenie, wiem. Ale co poradzić. Zostałam zaintrygowana przez Angę, która regularnie nawija o tej pisarce  w swojej Norze i robi to bardzo zachęcająco. 
Ango, jeśli to czytasz, poradź mi co mam wybrać ;)

Część druga - stare, ale jare (80% tej listy stanowią brakujące mi części różnych serii)

1. "Jeżycjada"
To jest właśnie moment w którym oszukuję, Prawdę mówiąc, najchętniej zgromadziłabym całą serię, ale, biorąc pod uwagę, że to ponad dwadzieścia książek,  raczej nie ma na to szans. Ograniczyłam się do wybrania części, których potrzebuję najbardziej, ale i tak zawalałyby pół rankingu, więc wrzucam wszystkie w jedno miejsce. 
Są to: "Kalamburka", "Kwiat kalafiora", "Sprężyna", "Córka Robrojka", "Szósta klepka", "Noelka" i "Ida sierpniowa".

2. "Kroniki rodu Kane - Ognisty tron"
Jednym z moich życiowych celów jest zgromadzenie wszystkich książek z jakiejś serii. Na razie najbliżej są właśnie "Kroniki". Mam już jedną trzecią! (czyli "Czerwoną piramidę" XD). Gdybym zdobyła jeszcze "Tron" może nawet zdołałabym się zmobilizować do kupienia "Cienia Węża".

3. "Wszystko czerwone"
Mój pierwszy "poważny" kryminał i nadal ulubiona książka Chmielewskiej. Ostatni raz czytałam ja straszne dawno temu, ale zamierzam to zmienić :D W ogóle chyba muszę zacząć czytać więcej kryminałów.

4. "Zwiadowcy - Okup za Eraka"
Ulubiona część mojej ulubionej serii. I jak każda część "Zwiadowców" ma świetną okładkę. Wystarczający powód by jej pragnąć.

Jeśli uda mi się zdobyć którąś z tych książek, to obiecuję, że ją sobie odhaczę i wstawię ładne zdjęcie.

PS. jestem stuprocentowo pewna, że podobny post czytałam w Papierowej Dolinie, ale za Chiny nie mogłam go znaleźć, więc linkuję cały blog.

PS2. Jeśli zastanawiasz się dlaczego jestem mało kreatywna i książki o których marzę to głównie popularne młodzieżówki, odpowiadam:
-Po pierwsze, zarzut "że młodzieżówki" odparłam tu.
-Po drugie, żeby chcieć jakiejś książki, muszę wiedzieć, że istnieje. Logicznie rozumując - im bardziej znana książka, tym większa szansa, że będę ją kojarzyć.
-Po trzecie, większość "klasycznych" pisarzy umarła ponad 70 lat temu, co oznacza, że zupelnie legalnie mogę np. ściągnąć ich książki na czytnik e-booków.


Czytaj dalej...

Nie mów mi co mam czytać!

Zacznę od prostego zadania. W Polsce jest raczej mało ludzi, którzy lubią czytać książki. Prawda czy fałsz? Niestety prawda. Można odnieść wrażenie, że skoro jest nas tak niewiele, powinniśmy się trzymać razem. Ale gdzie tam. Ciągle trwają jakieś kłótnie, rozłamy, wzajemne tępienie się fandomów…

Jeden z podziałów irytuje mnie szczególnie. To walka między fanami dobrej literatury i głupich młodzieżówek, która ogranicza się właściwie do tego, że pierwsi tępią drugich.


Musicie wiedzieć, że bardzo nie lubię generalizowania. To, że książka została napisana sto, czy dwieście lat temu nie czyni z niej automatycznie arcydzieła. I odwrotnie – jeśli powstała w dwudziestym pierwszym wieku (i to jeszcze, bójcie się Boga, w USA!) i jest kierowana do młodzieży, nie musi byś ostatnim chłamem.

Jasne, młodzieżówka nigdy nie będzie tak ambitna jak klasyk. Bo nie ma być!

Nikt nie obraża się na małe dziecko, które czyta książeczki, w których jest więcej obrazków niż treści. Wszyscy cieszą się, że czyta.  Nikt nie oczekuje, że nagle przerzuci się z książeczek na Tołstoja i zacznie interesować arcydziełami światowej literatury.  Musi być jakiś etap przejściowy. Ale jednocześnie wszyscy zabraniają nam tego etapu! Mamy czytać tylko arcydzieła. Już, natychmiast! „Igrzyska śmierci”? Spalić na stosie, to przecież dno i wodorosty!

Jestem nastolatką. Staram się nie ograniczać do jednego gatunku, ale młodzieżówki stanowią znaczną część mojej czytelniczej „diety”. Nie uważam, żebym czytając je robiła coś zdrożnego. Są w końcu kierowane do mojej  grupy wiekowej i teraz jest najlepszy czas na poznanie ich. Gdybym w tej chwili zaczęła czytać „Dzieci z Bullerbyn”, wątpię czy sprawiłyby mi taką przyjemność jak wtedy, kiedy czytałam je siedem lat temu. A przecież to książka bardzo ważna dla mojego życia! Astrid Lindgren przez długi czas była moją ukochaną autorką.

Jasne, dorośli raczej nie zaczną zachwycać się geniuszem Percy’ego Jacksona. Ale to nie znaczy, że my nie możemy tego robić. Młodzieżówki częściej niż się wydaje przekazują jakieś istotne wartości. Ale pełnią też dużo ważniejszą rolę. Pokazują, że czytanie jest fajne i przygotowują nas do poznania „dojrzalszych” dzieł.

Oczywiście, jedni skorzystają z tej okazji, a inni na resztę życia pozostaną na etapie Harry’ego Pottera. To ich i tylko ich wybór, a ty nie masz prawa go krytykować.

W szkole mam nauczycielkę, która zawsze kazała wszystkim osobom siedzącym w korytarzu pod klasą wstawać (ma ksywę „Kobieta z Mocą”). W końcu doszło do tego, że kiedy tylko się pojawia na końcu korytarza, wszyscy momentalnie się unoszą. Wygląda to bardzo śmiesznie, jak meksykańska fala. Chyba aż kiedyś zmontuję gifa.

Ale nauczycielka przechodzi i dwa metry za nią wszyscy siadają.

Właśnie tak widzę tych wszystkich obrońców dobrych książek.

Naprawdę myślisz, że twoje słowa coś zmienią? Tak, z pewnością jeśli na kogoś nawrzeszczysz i skrytykujesz jego gust, zacznie traktować Cię jako autorytet.

A może chcesz tylko wyżyć się na kimś, kogo uważasz za gorszego od siebie? W takim razie lepiej zapisz się na boks, albo karate, bo widać, że Twoje ambitne książki niczego Cię nie nauczyły.


pisali o tym też:
-Alicja
-Ann
Czytaj dalej...

Nie wierzę w Panią Wenę

Tak. W sprawie pisania jestem kompletnym ateistą. Nie fruwają wokół mnie muzy, Pani Wena nie odwiedza mnie od czasu do czasu szepcząc do ucha genialne rozwiązania fabularne, a natchnienie nie spływa na mnie jak letni deszczyk.


Sprawa jest banalna, żeby nie powiedzieć – zerojedynkowa. Mam pomysł, albo go nie mam. Im lepszy i bardziej dopracowany, tym lepiej mi się pisze. I tyle. Żadnej magii.

Trochę śmieszą mnie ludzie, którzy pytają całego świata „jak przywołać wenę”. No ciężko. Wena, to z tego co rozumiem czytając Internety, tajemnicza, kapryśna siła, która od czasu do czasu podrzuca ci do głowy genialny pomysł. Jeśli kapryśna, to raczej na nią nie licz. Lepiej zastanów się szczerze o czym chciałbyś napisać. Nie – na co masz pomysł. A potem spróbuj to zrealizować.

Oczywiście, są różne „wspomagacze”. Jeśli chcesz napisać o książkach – przeczytaj książkę. Możesz dotlenić mózg i wyjść na spacer. Posłuchać muzyki. Ale nie licz, że pomysł weźmie się znikąd. To TY musisz na niego wpaść. Ty, nie wena.


Czasem mam wrażenie, że wena powstała jako wymówka. Przecież łatwiej napisać „nie było dzisiaj postów, bo nie mam weny”, niż „nie było dzisiaj postów, bo nie mam pomysłu”. Skoro nie mam pomysłu, to wychodzi na to, że jestem jakimś leniwcem zasłaniającym się słabymi wymówkami. Więc lepiej zwalić wszystko na wenę, bo wiadomo – tajemnicze siły raczej nie są od nas zależne, za to my od nich – jak najbardziej.

Nie kupuję tego. Nie zamierzam gapić się w górę czekając, aż genialny pomysł spadnie na mnie z nieba. Nie spadnie. Z własnego (raczej małego, ale co tam) doświadczenia wiem, że im więcej piszesz, tym więcej masz na to pisanie pomysłów.  Ale nie dostaniesz ich w prezencie od losu, bo będziesz cierpliwie czekał.

Moja niewiara w wenę ma dużo dobrych stron. Jeśli coś napiszę –właśnie ja jestem za to odpowiedzialna, nie jakieś tajemnicze kobiety. Nie jestem zależna od „innych”, piszę kiedy mam na to ochotę. Nawet jeśli to co piszę jest słabe i doskonale o tym wiem, to i tak tworzę - rozwijam się. Jestem wolna.

Wydaje mi się, że jeśli pisanie jest tym czym naprawdę chcesz się zajmować  przyda ci się przede wszystkim upór, konsekwencja i pracowitość . A nie wiara w to, że pewnego dnia nadejdzie ten „jeden jedyny, wymarzony pomysł”. Tak, on pewnie kiedyś nadejdzie. Ale raczej nie sam z siebie.


Cytując moja mamę (która twierdzi, że cytuje Dostojewskiego): „Talent polega na tym, że codziennie o tej samej porze zasiada się do pisania.”
Czytaj dalej...

Dlaczego nie lubię analizatorni

Nie mówię, ze jestem jakimś znawcą tematu. Do analizatorni trafiłam zaledwie kilku. I w zupełności mi wystarczy.

Kiedy czytam analizy, nie mogę się wręcz nadziwić skąd w niektórych ludziach tyle jadu. Jasne, ja też wkurzam się kiedy czytam jakieś beznadziejne opka. Ale po co od razu lecieć ze swoimi
spostrzeżeniami w Internet? Zamiast się pośmiać, walnąć facepalma i iść dalej, analizatorzy znajdują jakąś sadystyczną przyjemność w wytykaniu (momentami wymyślaniu) błędów i opatrzaniu ich swoimi pseudośmiesznymi komentarzami. Chociaż tak naprawdę nie służy to nikomu.

Obrazek właściwie totalnie nie w temacie. Ale jest ładny.
Po pierwsze – samym analizującym. Raz, jeden, jedyny raz, napisałam coś, co ocierało się o analizę (już słyszę to buczenie: „uuu, hipokrytka!”). Kiedy przeczytałam to dwie godziny później, miałam ochotę zapaść się pod ziemię ze wstydu. Pół biedy gdyby ten tekst wisiał sobie spokojnie na moim komputerze, ale ja – w przypływie odwagi (albo głupoty) – wysłałam go autorowi oryginału. Miałam przynajmniej tyle rozumu, żeby zrobić to w wiadomości prywatnej.

Przez następne kilka dni chodziłam z koszmarnym poczuciem winy. Myślałam, że chłopak się załamie i nigdy więcej nic nie na pisze.  Na szczęście tak się nie stało, ale strach pomyśleć co by było gdybym trafiła na kogoś o słabszej psychice.

I kiedy wyobrażam sobie jak analizujący po kilku latach (kiedy już zmądrzał) wchodzi na bloga i widzi nie jeden, ale kilkadziesiąt, albo kilkaset takich wpisów… kiedy uświadamia sobie co zrobił..
Nie chciałabym być w jego skórze.

No dobrze, a co właściwie zrobił? Chyba nie muszę tłumaczyć, że analizatornie najbardziej szkodzą aŁtoreczkom.

Wiecie, każdy kto cokolwiek pisze/pisał, wie, że zaczynał od koszmarków, które w swojej naiwności uważał z ósmy cud świata. (Nie wierzę w cudowne dzieci, które od ręki trzaskają bestseller za bestsellerem.)

Teraz, w związku z postępem technologicznym, erą Internetu, blogów i smartfonów, pokusa, żeby publikować te „ósme cudy” jest większa niż kiedykolwiek.

I wiele ludzi jej ulega.

Niestety, coś co mogłoby być świetną okazją do szlifowania warsztatu, gdyby tylko znalazł się inteligentny komentator, który potrafiłby kulturalnie wytknąć błędy i poradzić poprawę, staje się gwoździem do trumny, bo za tekst bierze się analizator.

Osoby analizowane to często ci „nowi w Internetach”. Nie umieją odróżnić krytyki od hejtu, a kiedy otrzymują ten „prawdziwy” hejt, to rzadko kiedy są później w stanie się pozbierać i pisać dalej.
A szkoda, bo jakiego badziewia nie pisaliby teraz, z czasem mogliby stworzyć całkiem ciekawe opowieści.

I tak, parę zdań temu nazwałam analizy hejtem. I guzik mnie obchodzi wywieszony w każdej porządnej analizatorni artykuł któryś tam, gwarantujący prawo do analizy krytycznej. Nie wierzę, że ustawodawca miał na myśli ludzi licytujących się, komu uda się wymyślić bardziej wulgarne skojarzenie do, na pozór całkiem poprawnego, fragmentu tekstu.

Ostatnimi osobami którym analizy szkodzą są sami czytelnicy. Przyznaję, że czytając te kilka analiz, które dane mi było poznać, zdarzało mi się uśmiechnąć pod nosem. Sytuacja podobna do tej kiedy klasowy błazen rzuca komuś chamską ripostę. Niby wiem, że nie powinnam się śmiać, bo karmię trolla, ale jednak to robię, bo ten tekst jest śmieszny.

I tak samo jest z analizatorami. Czytając karmimy trolla, przy okazji nieźle się bawiąc. A jednocześnie przyzwyczajamy się do chamstwa, bo przecież „jest śmieszne”. Stąd już tylko kilka kroków do szerzenia „samodzielnego” hejtu. Który nigdy nie jest dobry.


Jeśli jakieś opko ci się nie spodobało – olej je. Jeśli autorka nie będzie miała komentarzy i wyświetleń, pewnie szybko się znudzi. Nie podoba ci się, że coś słabego jest popularne, a fajne rzeczy toną w otchłaniach Internetu? Reklamuj dobre, nie wchodź na złe. Chcesz pomóc? Skomentuj, poradź coś. Nudzi ci się? Idź poszydełkować, zamiast bawić się w analizy.
Czytaj dalej...

Dlaczego nikt nie zna twojego bloga?

Niektórzy ludzie nie przestają mnie zadziwiać. Zakłada taki blogaska. Z opkiem, kotkiem, biżuterią, recenzjami czy czym tam jeszcze. I czeka. Na co? Cholera wie.
Niektórzy myślą, że kiedy założą bloga i będą cierpliwie czekać (godzinę. Albo dwie), to Bóg magicznym sposobem ześle im nagle miliony wyświetleń, komentarzy, lajków na fanpage’u i obserwatorów.

Zmartwię Was. Jeśli nie zrobicie absolutnie nic, żeby ktokolwiek o tym blogu wiedział, to cudów niestety nie ma – choćbyście pisali prawdy objawione, cudowne opka i robili najpiękniejsze kolczyki na świecie – nikt was nie znajdzie. Bo niby jak?


Nie jestem specem od marketingu i nie zamierzam Wam podawać sprawdzonych recept na zdobycie natychmiastowej popularności w necie. Byłoby głupio gdybym to robiła, bo sama dopiero zaczynam, co doskonale widać po moich (raczej marnych) statystykach. Nie o tym ma być ten post. Ale jedną, podstawową zasadę znam. Jeśli nikt nie będzie miał o tobie pojęcia, to nie zacznie cię szukać z własnej inicjatywy. A niby skąd ma o tobie wiedzieć, skoro  ty sam nie zadasz sobie trudu, żeby go poinformować?

Ostatnio dość poważnie zastanawiam się nad założeniem „Zeszytowi” fanpage’a i powiedzmy, że obczajam środowisko. Przyznam się Wam, że pewnego dnia po prostu zdębiałam. Dlaczego? Bo nagle odkryłam, że na FB są  strony praktycznie wszystkich blogów, które obserwuję (niektóre od bardzo dawna). Wiedziałam może o jednej. Na większości tych blogów nie było nawet SŁOWA o tym, że posiadają Facebooka. A potem się taka autorka zastanawia dlaczego ma mało lajków. No faktycznie, zagadka nie do rozwiązania. Chociaż może to tylko ja jestem taka dziwna, że kiedy widzę nowego, ciekawego bloga, to skupiam się na czytaniu, nie na przetrząsaniu Facebooka w poszukiwaniu fanpage’a. Który nawet nie wiadomo czy istnieje. Ale chyba jednak nie tylko ja.

Spotkałam się ostatnio w sieci z sytuacją pod tytułem „Nie będę spamować, jak ktoś zechce, to sam mnie znajdzie”. Nie znajdzie. Ja też bardzo długo tkwiłam w przekonaniu, że trzeba zawsze być uprzejmym i kulturalnym, nie narzucać się i takie tam bzdety.

Ale wiecie co? Pewnego pięknego dnia uświadomiłam sobie, że, hej! Skoro to co tworzę naprawdę uważam za ciekawe i wartościowe, to niby czemu nie miałabym się tym podzielić z innymi ?! Więcej; gdybym się nie podzieliła, wyszłabym na psa ogrodnika i egoistkę (i przy okazji na idiotkę, która boi się niewiadomo czego)! Jeśli kliknięcie w link naprawdę da coś temu mojemu czytelnikowi, uczyni go w jakiś sposób lepszym, bogatszym (niestety tylko duchowo, hehe) to niby dlaczego ten czytelnik  miałby mi mieć za złe, że się zareklamowałam?

No, ale jeśli to co tworzysz uważasz tylko za niepotrzebny spam, to ja już naprawdę nie wiem co mogłoby ci pomóc. I nie rozumiem dlaczego wobec tego w ogóle publikujesz swoje prace w Internecie.

Chciałabym jakoś zgrabnie zakończyć, więc posłużę się własnym przykładem. Zalinkowałam „Zeszyt” na kilku sporych grupach. Reklama postu o Halcie pojawiła się nawet na jednej ze zwiadowczych stronek na FB (za co, korzystając z okazji chciałabym bardzo podziękować Siu, znanej szerzej jako Alyss). I co? I nic. Przybyło mi sporo nowych wyświetleń, kilka komentarzy, a nawet dwóch obserwatorów. Świat się nie zawalił.

Dlatego, wiesz co? Wejdź teraz na tę dwumilionową grupę, na której zawsze chciałeś się zareklamować, ale było Ci głupio, bo „za wysokie progi”. Wrzuć tam link do swojego postu. Bo co masz do stracenia? Uszczerbek na ego bo hejty poleco? Wiesz, post zawsze można usunąć ;)
A jeśli nadal się boisz, to przynajmniej nie płacz, że nikt Cię nie zna.

Post dedykuję moim kochanym Sztruclom J


Ps. Żeby nie być teraz odpowiedzialna za zniszczenie świata poprzez zalanie Internetu hektolitrami badziewia przez rozochocone aŁtoreczki, proszę, przeczytajcie jeszcze ten fajny tekst i dowiedzcie się jak reklamować się kulturalnie. 
Czytaj dalej...

Nico di Agelo - obalamy mity

Był już post o mojej największej książkowej miłości, teraz czas na największe zdziwienie dotyczące książkowego bohatera. O kim mowa? O Nico di Angelo, jednym z bohaterów serii „Percy Jackson i bogowie olimpijscy” oraz „Olimpijscy Herosi”.
Chociaż… zagadką nie jest właściwie sam syn Hadesa, tylko raczej to co robią z niego fani fanki:
Kiedy przeglądam strony, grupy i blogi poświęcone PJ, mam nieodparte wrażenie, że Nico to jakiś tajemniczy, seksowny,  mrrroczny i zabójczo przystojny łamacz serc.

No paczcie jaki słodki. A ż chce się przytulić, prawda? (Art autorstwa królowej internetów - Virii)

Czy jest tak naprawdę? Hmm… nie. Może jestem totalnie nieromantyczna i brak mi wyobraźni, ale zawsze kiedy czytam o Nicu (przynajmniej w książkach…) widzę w nim tylko pokrzywdzonego przez los chłopaka, mocno introwertycznego i niepewnego siebie. Przystojny? Z opisu w książce wynika, że był niski, chuderlawy i chorobliwie blady. Podobno o gustach się nie dyskutuje, ale Nico zdecydowanie nie jest moim ideałem męskiego piękna. No i… (koronny argument) przypominam, że syn Hadesa w „Klątwie tytana” ma *fanfary* 10 lat! Czyli jest rok młodszy od mojego brata.  Ja wiem, że dużo ludzi lubi dzieci, no ale żeby robić z nich „mrocznych i seksownych przystojniaków”?  Bez przesady...

A żeby nie było, że jestem ślepa i głupia, a w ogóle to „jestem wrednym sezonowcem i na pewno oglądałam tylko filmy”  postanowiłam szybko przeanalizować książkowy „życiorys” Nico (nie chciałam się bawić w oznaczanie spoilerów, więc jeśli nie znacie danej części to po prostu nie czytajcie mojego komentarza):

„Klątwa tytana” - syn Hadesa (który jeszcze nie wie, że jest synem Hadesa) to mały, nadpobudliwy chłopiec, który namiętnie gra w „Magię i Mit” i zadaje setki pytań. Po stracie siostry wpada w depresję i ucieka z Obozu. Ale gdzie?...

…Tego dowiadujemy się z „Bitwy w labiryncie” - Nico daje koncertowy wręcz pokaz naiwności zadając się z podejrzanymi duchami. Serio, momentami miałam ochotę go trzepnąć.

Lecimy dalej; czas na „Ostatniego olimpijczyka”- Nasz kochany bohater postanawia wykąpać Percy’ego w Styksie, a potem ratuje wszystkim tyłki w bitwie o Manhattan, namawiając Hadesa do pomocy z armią Podziemia. No, ogólnie moim zdaniem wypadł tu całkiem bohatersko, ale nadal nie mrocznie.

Czas na drugą serię! (zaczynam od „Syna neptuna”, bo z tego co pamiętam, Nico nie pojawiał się w „Zagubionym herosie” ani razu. Jeśli nie mam racji – nie wahajcie się mnie poprawić )

A więc „Syn Neptuna” – Nico kłamie Percy’emu, że go nie zna (z powodów, które poznajemy kilka części później). Daje się też poznać z tej bardziej „opiekuńczej” strony, jako przybrany brat Hazel.

„Znak Ateny” – syn Hadesa przez większość czasu jest zahibernowany w spiżowej kadzi, więc zbyt wiele o nim nie ma, chociaż to właśnie jemu rusza na ratunek „wielka siódemka”. Pod koniec książki obiecuje Percy’emu, że doprowadzi „Argo II” do świątyni swojego ojca.

„Dom Hadesa” – oczywiście wielkie fajerwerki, bo Nico jest gejem. Ogólnie przewija się przez całą książkę, ale tak się składa, że DH to chyba moja najmniej ulubiona część, więc czytałam ją raptem 3 razy i niewiele pamiętam.  Mam nadzieję, że nie było tam nic bardzo istotnego.

„Krew Olimpu” – Nico razem Reyną podejmują się „odstawienia” posągu Ateny Partenos do obozu herosów. No dobra, tu jest najbardziej „mroczny” moment z całej serii, kiedy syn Hadesa wykańcza jednego ziomka (przebaczcie, nie pamiętam imienia). Ale nadal mam wrażenie, że nie o taką „mroczność’ chodzi fankom…

Skąd wobec tego ta dziwna tendencja do „wyczernienia” postaci? Mam wrażenie, że niektóre typy dziewczyn po prostu tak mają. Muszą mieć jakiegoś mrocznego gościa do którego będą wzdychać. W „Harrym Potterze” tą rolę doskonale spełniał Draco Malfoy, w „Zmierzchu” były jakieś akcje z wampirami (tego… nie czytałam, ale chyba było coś takiego… prawda? Dobra, przyznaję się. Potrzebowałam drugiego przykładu). W „Gwiezdnych wojnach” jest przynajmniej Han Solo. Wprawdzie niezbyt mroczny, ale przynajmniej taki rebel i w ogóle… A w „Percym”? Nic. Dotkliwy brak wrednych/tajemniczych postaci, które nie byłyby głównymi antagonistami (no, jeśli przyjmiemy, że głównym antagonistą był Kronos, a w drugiej serii Gaja to był Luke, ewentualnie jeszcze Oktawian, ale kto by tam lubił gościa mordującego bezbronne pluszaki).

Wobec tego kreatywne dziewczyny postanowiły sobie „dorobić” takiego bohatera. Padło akurat na Nica. W sumie nie ma co się dziwić – kandydat idealny. W depresji po stracie siostry, ubiera się na czarno, a w dodatku jest synem Hadesa. Prefecto. Tylko że cały ten dorobiony wizerunek jest po prostu nieprawdziwy (o ile można mówić o "prawdziwości" postaci książkowej...).

Czy lubię Nica? Owszem. Jest ciekawie skonstruowaną postacią, wyróżniającą się na tle innych. Ale z pewnością nie jest "mhrocznym, tajemnieczym i słitaśnym" chłopakiem, jakiego próbuje mi wcisnąć większość fandomu.
Czytaj dalej...
Zeszyt w kółka © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka