Czy lubisz lektury szkolne? W tym momencie na pewno
skrzywiłeś się i pomyślałeś „Czy ona
zwariowała? Przecież nikt nie lubi lektur!” albo coś podobnego. No właśnie.
Nikt nie lubi lektur. Ale właściwie dlaczego? Gdybyśmy przeprowadzili ankietę
wśród osób, które czytają chętnie i dużo, przypuszczam, że nadal około
dziewięćdziesięciu procent odpowiedziałoby, że lektury są be.
![]() |
jeszcze tyle stron?! |
A czy to naprawdę kategoria „podksiążek?” Czy ci,
którzy ustalają co powinniśmy czytać w danej klasie są naprawdę tak
upośledzeni, że wybierają same gnioty?
Hmm… szczerze mówiąc wątpię.
Ktoś mądry powiedział, że „najgorsze co można
zrobić książce to uczynić ją lekturą”. I wiecie co? Zgadzam się z nim. Kiedy
słyszymy, że mamy przeczytać lekturę, odruchowo się krzywimy i, nieważne jak
genialną byłaby książką, automatycznie
dajemy jej etykietkę „nuuudy”. A pierwsze
wrażenie ciężko zmyć.
No dobrze, powiecie. Nic nie dzieje się przecież
bez przyczyny, prawda? Skoro lektury mają taką złą reputację, musiały jakoś na
nią zasłużyć.
Owszem. Winna temu jest nasza kochana polska
szkoła. Terminy przeczytania książek najczęściej są za krótkie (chociaż… nie
wiem jak Wy, ale ja nawet gdybym miała na coś dwa lata, i tak zrobię to na
ostatnią chwilę ;) ). Liczenie „ile jeszcze stron muszę przeczytać, żeby
wyrobić się na czas” to straszna zmora, która zabija przyjemność z czytania. A
chyba nie o to chodziło, prawda? Wydaje mi się, że obowiązkowe książki miały
nas przede wszystkim przekonać, że czytanie jest fajne. Jeśli tak, to… chyba coś
nie wypaliło.
Kolejną sprawą są sprawdziany z lektur i w ogóle
omawianie ich. Trudno czerpać przyjemność z czytania, kiedy za wszelką cenę starasz się zapamiętać
jakiego koloru była sukienka Nel w
czwartym rozdziale „W pustyni i w puszczy”, bo wiesz, że polonistka na pewno cię
o to zapyta, a kiedy przypadkiem zapomnisz, wstawi ci jedynkę, bo „Nie
przeczytałeś lektury, a PRZECIEŻ BYŁO TYLE CZASU!!!”. Albo rozpisywanie planu
wydarzeń w „Dziadach”, który zepsuje całą tajemniczość.
A w starszych klasach wszystko samo się już nakręca.
Słyszymy, że mamy przeczytać lekturę, więc zakładamy,
że na pewno będzie słaba. Z takim nastawieniem podchodzimy do czytania i z
uporem maniaka wynajdujemy i wytykamy (a w pewnym momencie nawet wymyślamy)
błędy i wady. Nic dziwnego, że czytanie nie sprawia nam przyjemności. A potem
kolejna lektura, znowu założenie, że będzie słaba… Tak to się kręci. (Pominęłam
jeszcze wpływ klasy, w której ze wszystkich stron słyszymy jaka to ta książka
beznadziejna.)
Szkoda, że tak jest. Dlaczego? Bo możemy przegapić
sporo ciekawych i mądrych książek. Mówcie co chcecie, ale przeczytałam „Potop”
(a potem jeszcze „Ogniem i Mieczem” i „Pana Wołodyjowskiego”, taka ze mnie
krejzolka!) z wypiekami na twarzy. Przypuszczam, że mocno przyczyniło się do
tego to, iż nie miałam pojęcia, że to „nudna, głupia i naszpikowana trudnymi słowami
i archaizmami książka”.
Nie czytając lektur automatycznie zawężamy swoje
horyzonty. Ponieważ najczęściej jest to literatura klasyczna, możemy się do
niej bardzo łatwo zniechęcić. A potem powoli zamieniamy się w niezwykle „oczytaną”
osobę, która zadziera nosek, bo ma takie „elitarne” hobby. A tymczasem na jej
półkach tryumfują średnio ambitne młodzieżówki (bynajmniej nie mówię, że
młodzieżówki są złe! Wyszłabym na hipokrytkę, bo sama się w nich zaczytuję. Uważam
po prostu, że czasem warto wytknąć nos za listę bestsellerów empiku).
No i warto wziąć pod uwagę, że skoro ktoś każe nam
coś czytać, to może robi to dlatego, że ta książka serio jest z jakiegoś powodu
ważna. Na przykład to arcydzieło światowe, którego głupio nie znać.
Balladyna dostarczyła mi masy tematów do dyskusji
o idiotyzmie głównych bohaterek i bohaterów (pozdrawiam E z którą te dyskusje
były i są prowadzone!).
Gdybym nie przeczytała i nie pokochała mitologii
greckiej nie bawiłabym się ani w połowie tak dobrze przy lekturze „Percy’ego
Jacksona”.
Dawno nie miałam takiej kolki ze śmiechu jak na „Świętoszku”
, na którego poszliśmy z klasą do teatru.
A gdyby moja siostra cioteczna nie przyjechała
pewnego pięknego dnia do babci z „W pustyni i w puszczy” w dłoni, bo musiała to
przeczytać przez ferie, jeszcze przez
trzy lata nie poznałabym mojej wielkiej miłości (książki, nie siostry!), która
trwała przez całą podstawówkę.
Czytajcie lektury. Czasem naprawdę warto.
Taka prawda. Pewnie lepiej by się je czytało, gdyby znalazły się na półce o nazwie księgi zakazane ;D
OdpowiedzUsuń#polski <3
UsuńPost cudownie napisany, choć nieszczególnie wpłynął na moje życie, bo ja nigdy nie odczuwałam zniechęcenia do lektur. Czasami się z nim spotykałam, ale zazwyczaj po prostu mnie to nie ruszało.
OdpowiedzUsuńMuszę Ci wyznać, że tak szalenie podoba mi się Twój sposób pisania, że mogłabym czytać ten blog godzinami, jeśli byłaby taka możliwość. Jakże strasznie chciałabym tak pisać! Słowa same płyną, nie trzeba brnąć przez te wszystkie Twoje przemyślenia, tylko czytanie ich to przyjemność. Potwornie mi się podoba Twój blog, to już chyba wiesz. Mam nadzieję na jak najszybciej wstawiony kolejny post. : )))))
Ojacie, dzięki :) Z tym płynięciem słów wcale nie jest tak łatwo, niestety. Do napisania o tych lekturach zbierałam się dłuuuugo. A ile karteczek samoprzylepnych poszło na wstępne rozpiski! Tym bardziej cieszę się, że komuś się podoba :D
UsuńNie uważam, że pisanie było łatwe, bo tego nie mogę wiedzieć. Jednak czyta się naprawdę przyjemnie.
UsuńHah, lekko podkradłaś mi pomysł na post :") No cóż, temat pojawi się u mnie pewnie za jakiś czas i w zmienionej formie, bo lektury to temat rzeka.
OdpowiedzUsuńJa nigdy nie miałam problemu z czytaniem lektur, od dzieciaka uwielbiałam czytać wszystko. Nie zliczę, ile razy czytałam "W pustyni i w puszczy", z przyjemnością zapoznawałam się z "Krzyżakami", "Pan Tadeusz" i "Dziady" to coś niesamowitego. To jest po pierwsze kwestia nastawienia, za co odpowiedzialni są rodzice, i po drugie - kwestia przymusu. Bo nikt nie lubi być do niczego zmuszany. Zwłaszcza do czegoś, co - dzięki rodzicom - uważa za nudne i bezsensowne. Taka jest smutna prawda.
Z przykrością muszę powiedzieć, że nie byłam w stanie skończyć "Syzyfowych prac", mimo że książka mi się podobała. Nie mogłam po prostu wytrzymać, jak wszyscy dookoła mnie narzekali, jaka ta powieść jest głupia i beznadziejna, jaki to język okropny itd. Na szczęście była do "zeszytu lektur", nie omawialiśmy jej na lekcji, jednak wciąż strasznie żałuję. Ale to jak z jedzeniem - jeśli ktoś ci wmawia, że coś jest paskudne, kiedy to jesz, siłą rzeczy możesz stracić apetyt :(
Może jeszcze uda Ci się to przeczytać, trzymam kciuki.
UsuńPrzy czytaniu "Pana Tadeusza" byłam taka mega dumna, że poznaję epopeję narodowa i w ogóle XD (Miałam wtedy z 10 lat)
JA uwielbiam czytać lektury, dostanę medal z ziemniak? ;P
OdpowiedzUsuńA tak serio - prawda, prawda i sama prawda. Ja co prawda jestem małą buntowniczką i wszystkich przekonuje, że "Balladyna" jest cudowna, "Makbet" co prawda nie jest moją ulubioną sztuką Szekspira, ale i tak to Szekspir, a Mickiewicz to w ogóle spoko ziom. Ale przyznam szczerze - chociaż wiele osób przyznaje, że lady Makbet była spoko, świat przedstawiony u Słowackiego jest całkiem niezły, a ""Dziady" trudne, ale w sumie ciekawe, to mimo wszystko... Przecież lepiej poczytać młodzieżówkę, albo książkę do biologii!
MEDAL Z ZIEMNIAKA WĘDRUJE DO CIEBIE!!!!
UsuńJa często przeżywam odwrotną sytuację - na biologii czytam lekturę bo przypominam sobie że jest zadana na jutro a mi zostało dwieście stron ;)
Niektóre lektury są naprawdę bardzo fajne inne- marne. Może dlatego, że każdy lubi co innego? Jednych jara fantastyka, a drugich thrillery :p
OdpowiedzUsuńOgółem powiem Ci, że masz rację. Moim zdaniem lektury są dobrane dobrze - może niektóre nie są jakoś szczególnie wciągające, ale to klasyki lub po prostu ważne dzieła. Ale niektóre i tak można pokochać <3
OdpowiedzUsuńWięc ogólnie: zgadzam się z Tobą Zią ;*
Dzięki Tru :)
Usuń